poniedziałek, 10 listopada 2014

Dlaczego będę uczestnikiem Marszu Niepodległości

Jeszcze rok temu przy okazji 11 listopada towarzyszyło mi uczucie, które najtrafniej określiłbym dysonansem poznawczym. Takie lekkie wewnętrzne rozerwanie. Z jednej strony chęć uczestniczenia w obchodach jednego z ważniejszych wydarzeń w historii Polski. Z drugiej - bycie nie do końca przekonanym, jaki ma to tak naprawdę sens*, czy tam przynależę. Nie jestem bowiem narodowcem, ani katolem, ani skrajnym prawicowcem. Nie jestem nacjonalistą. Jestem racjonalistą.  
To prawda - niestety przez ostatnie lata, media zdołały nam wystarczająco obrzydzić tak ważne święto jak rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Faszyści, kibole, hołota - tak nazywano uczestników tegoż Marszu. Skutkiem zawsze miała być zadyma, tak aby wyrobić u Kowalskiego jedno skojarzenie - patrioci = faszyści = wandale. Słowo patriota jest już zupełnie ostatnimi czasy deprecjonowane i używa się go wymiennie ze słowem narodowiec lub zwrotem "łysa pała". Ktoś ewidentnie stale dąży do skłócenia nas. Prowokacje podczas marszu, relacje w mediach zaniżające liczbę uczestników o 50% - skądś się to bierze. Manipulacje związane ze sprawą Wiplera to jest w ogóle jakaś kropelka w całym oceanie kłamstwa i propagandy, na którym o dziwo nadal unosi się ten piracki statek pod banderą PO. Wkurwienie społeczne wzrasta z każdym miesiącem i tak się składa, że okazje do jego upustu będziemy mieli w tym tygodniu dwukrotnie.
Pierwszą będzie wspomniany Marsz Niepodległości. Warto na wstępie powiedzieć, że takie niewyreżyserowane przez władzę marsze czy pochody to wieloletnia, wielowiekowa wręcz tradycja. Podczas zaborów miały formę anty-germanizacyjną i anty-rusyfikacyjną i odbywały przy okazji pochówku ważnych osobistości. Mimo, że dzisiaj zasadniczy cel przyświecający temu wydarzeniu to uczczenie święta państwowego, to śmiało można go traktować jako marsz środowisk prawicowych potępiających obecnych rządzących, ich sprzedajność wobec Unii Europejskiej oraz wszelkie przejawy "lewactwa". Na te kilka godzin miasto jest nasze. Nie tego leminga w rurkach z Placu Zbawiciela, nie tej grubej mordy z plakatu wyborczego tylko moje i Twoje. Pomijając aspekty ideologiczne - Marsz Niepodległości to doprawdy unikalne wydarzenie. Stu tysięczny tłum idący głównymi ulicami Warszawy, możliwość oglądania miasta z bardzo rzadkiej perspektywy. Wśród uczestników masa ludzi z biało czerwonymi flagami - młodzi, starzy, rodziny, znajomi. Zapada zmrok, pojawiają się race, robi się trochę chłodno, ale organizatorzy wiedzą jak rozgrzać tłum kolejnymi przyśpiewkami. Wszystko to tworzy niezapomnianą, jedyną w swoim rodzaju atmosferę i dlatego będę tam drugi rok z rzędu. Niestety jak w każdym stadzie i tu znajdzie się kilka czarnych owiec. Podjebanych za pewne typków, szukających okazji do chuliganki. Pytanie ilu z nich to faktyczni uczestnicy marszu, a ilu zostało przysłanych "z zewnątrz", tak aby TVN mógł potem pokazać palącą się budkę przy rosyjskiej ambasadzie. 
Na koniec krótki, trafny komentarz Jana Pospieszalskiego:


Druga ze wspomnianych możliwości przynajmniej pozornego upustu wkurwienia i wyrażenia rozczarowania obecnymi rządzącymi są nadchodzące wybory samorządowe. Nie ma co się tutaj za bardzo rozpisywać - nie chcę także nikomu narzucać konkretnej opcji, byłoby to sprzeczne z ideą Medalu - obu stron. Apeluję jednak o racjonalizm. A personalnie powiem tylko, że marzy mi się obalenie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Baby, która ma zerowe pojęcie o zarządzaniu tak wielkim ośrodkiem miejskim jakim jest Warszawa. Zero jakiejkolwiek spójnej wizji czy chęci zmiany całościowego oblicza Warszawy. Miała 7 lat (od kiedy rządzi PO), aby ze wsparciem sejmu jako organu ustawodawczego ogarnąć kwestię własności na Placu Defilad czy chaosu reklamowego. Zamiast tego, przez dwie kadencje udało się jej ukończyć co najwyżej kilka wybranych, wyspowych inwestycji. Owszem powstało kilka fajnych miejsc jak np. Muzeum Nauki Kopernik, ale ile było w tym zasługi HGW? Menel spod budki z piwem też mógłby złożyć swój podpis gdzie trzeba i przeciąć wstęgę. To powinno odróżniać dobrego gospodarza od słabego - ten dobry jest wizjonerem i twórcą, ten słaby jest jedynie urzędasem od podpisu. Poza tym wybieranie w kółko tego samego kandydata, który dodatkowo publicznie pokazuje jak bardzo wyjebane ma na estetykę miasta, którym rządzi (w centrum Hanka wisi co jakieś 400m) to jak chodzenie w kółko do tej samej restauracji, mimo że wiemy, iż tamtejszy kucharz lubi napluć nam do zupy. Think about it!



*Ta wątpliwość była dodatkowo potęgowana przez fakt, że byłem stosunkowo świeżo po przeczytaniu "Nowej Ziemi" Eckharta Tolle'a - jednej z tych lektur, które mają realny wpływ na człowieka, które sprawiają, że zadajemy sobie pewne pytania, zaczynamy myśleć o niektórych rzeczach. Książka w wielkim skrócie traktuje o świadomości i istnieniu, jest bardzo prawdziwa i uniwersalna do pewnego stopnia, bo każdy odbiera ją trochę inaczej, na swój sposób. W życiu przeczytałem pewnie tyle książek co każdy z was - nie za mało, nie za dużo. Jednak ta jest wyjątkowa i zasługuje na takie dłuższe odwołanie w gwiazdce. Początkowo nie wychylałem się zbytnio z polecaniem jej komukolwiek, być może nie jest to książka dla wszystkich. Jednak tak naprawdę w im więcej rąk wpadnie - tym lepiej, a jeżeli dzięki temu postowi przeczyta ją przynajmniej jeden z odwiedzających Medalu - obie strony będzie to sukces, ponieważ jestem pewien, że "poda dalej". 

sobota, 25 października 2014

To uczucie gdy kończy się Twój ulubiony serial i nie wiesz co zrobić ze swoim życiem

Lost, House M.D., Californication, Dexter, Breaking Bad, Game of Thrones, Bates Motel, True Detective, Big Bang Theory, Suits, The Walking Dead, Fargo + z pewnością jeszcze kilkanaście innych. Jeśli istniałoby pojęcie serial-geeka chyba mógłbym się do takich zaliczać, mimo że przyznaję, iż nadal kilku podobno-obowiązkowych pozycji nie oglądałem. Dobry serial jest jak narkotyk - po przyjęciu jednej dawki mózg domaga się więcej, i więcej. W farmakologii nazywa się to bodaj efektem cravingu (pragnienia). Doskonale obrazuje to stan w jakim się znajdujemy po 50-cio minutowym seansie zakończonym jakimś zupełnie chamskim cliffhangerem. Co innego jeśli zaczynamy swoją przygodę z serialem, który ma już kilka sezonów - mamy wtedy tyle towaru, że można ćpać bez opamiętania, nawet i 3 dni z rzędu. Mimo to, osobiście chyba wolę porównanie dobrego serialu do dobrej książki. Bo dobry serial to taki, który przenosi Cię do swojego świata, sprawia, że utożsamiasz się z głównym bohaterem, jesteś cholernie ciekawy jak to wszystko się skończy. Dokładnie tak jak w The Knick.
Minęło kilka dni od kiedy oglądnąłem finał pierwszego sezonu i muszę przyznać, że nadal odczuwam - oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji - ten specyficzny głód połączony ze zjazdem. W The Knick fabuła rozkręca się dosyć spokojnie, mimo że pierwsza scena pierwszego odcinka ukazuje nowojorskiego chirurga w drodze do pracy wstrzykującego sobie w stopę kokainę. Jeżeli jednak to nie zrobiło na tobie większego wrażenia, to początek można nazwać co najwyżej ciekawym. Z czasem jednak akcja nabiera coraz szybszego tempa, jesteśmy świadkami kilku równolegle prowadzonych, niezwykle ciekawych wątków. Wszystko z mistrzowsko pokazanym Nowym Jorkiem początku XX wieku w tle. Owe czasy są źródłem nieskończonej ilości, jak ja to nazywam "smaczków". Bo każdy ekstraordynarny serial musi być nimi naszpicowany, to one nadają fabule niepowtarzalny smak i zapach. Tak jak chociażby specyficzny akcent i słownictwo bohaterów Fargo czy życiowe rozkminy House'a. 
Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to nie ma co się za bardzo nad nimi rozwodzić - wszystko stoi na naprawdę topowym poziomie. Dobór aktorów do postaci i ich gra - cud. Towarzysząca muzyka, której gatunku (o ile można wyekstrahować tu jakiś oddzielny gatunek) nie potrafię nazwać - miód. W żadnym serialu nie spotkałem się z podobnym soundtrackiem - jest on dosłownie jedyny w swoim rodzaju. Do tego show jest wg mnie praktycznie bezbłędnie nakręcony, zarówno pod kątem pracy kamery, wyboru ujęć, jak i sekwencji zdarzeń. Nie możemy w żadnym momencie zarzucić reżyserowi, że  posłużył się jakimś tanim chwytem, że poszedł na łatwiznę, lub że w rzeczywistości takie coś by nie przeszło. Apropos ujęć - jako, że fabuła serialu kręci się wokół chirurgii początku XX wieku - mamy okazję zobaczyć trochę mięska. Szczerze - z niektórymi scenami być może nawet przesadzili i o ile po oglądnięciu Suitsów zamarzyło Ci się bycie adwokatem w jednej z nowojorskich kancelarii, to tutaj powołania do medycyny raczej nie uświadczysz.
Podsumowując - cinemax zrobił kawał serialu. Najlepszy mijającego roku. A może nie, bo przecież za swoich konkurentów ma takie tytuły jak True Detective czy Fargo, ale z pewnością równie dobry. Taka nota to wystarczający powód by go obejrzeć. Jedynym minusem jest to, że po ostatniej scenie  z dużym prawdopodobieństwem doświadczysz podobnego stanu, co John Thackery z końca sezonu właśnie.


środa, 24 września 2014

A czy TY nadal wierzysz w "katastrofę" Smoleńską?

Może się zdarzyć, że to, co piszę jest oczywistą oczywistością dla czytającego, jednak niejednokrotnie konkluzje moich wywodów mogą być niepopularne, bądź kontrowersyjne. Czy zdanie, że w 2010 w Smoleńsku doszło do zamachu jest niepopularne? - Cóż, pośród nie-PiSowców, do których się ochoczo zaliczam - raczej tak. Czy jest to opinia kontrowersyjna? - Coraz mniej.
10 kwietnia tamtego roku pamiętam doskonale. Takie duże dni łatwo zapamiętać - jestem pewien, że pamiętacie co robiliście 11.09.2001 kiedy dowiedzieliście się o atakach terrorystycznych w USA. 10.04.2010 to była sobota. Obudziłem około 10.30 trochę skacowany po urodzinach koleżanki. Poszedłem do kuchni po jakąś mineralkę, włączyłem szkiełko i na chwilę walnąłem się jeszcze w wyrze. Na wszystkich kanałach jedna wiadomość, TVN24 kipi od czerwonych pasków. Fakt, że zapamiętałem przebieg 10 kwietnia stosunkowo dokładnie, implikuje także to, że pamiętam również mniej więcej swój state of mind, który towarzyszył mi w tamtych chwilach. Generalnie było to jedno wielkie WOOAA, niemożliwość wyobrażenia sobie, że do czegoś takiego w ogóle doszło. Wydarzenie to, nie miało na mnie większego osobistego wpływu, miało raczej status sensacji tamtego okresu. Kilka dni po wypadku zaczęły się pierwsze spekulacje i wątpliwości, czy aby katastrofa pod Smoleńskiem była faktycznie katastrofą (w 1.30 słychać strzały). Sprytne rude lisy z PO (we współpracy z ruskimi) bezpośrednio wykorzystały to przeciwko PiS-owi i ewentualnie - przeciw Polakom, robiąc z nich fanatycznych wyznawców Lecha, a z Macierewicza naczelnego szaleńca kraju (którym, mimo wszystko, ze względu na swój sposób bycia - pozostaje). Następnie szopki spod Pałacu Prezydenckiego (https://www.youtube.com/watch?v=cCJVaMzXB4E - pamiętacie to jeszcze?) i generalnie kręcenie makaronu na uszy, że system nie zadziałał, ruscy bez winy, zrobimy komisje i będzie gitsa. W tym miejscu poprawność nakazuje mi się przyznać, że ja również dałem się tym wszystkim omamić. "Zamach? W XXI wieku, w dobie internetu, szybkiego przekazu informacji takie coś by przeszło? No fucking way" - pomyślałem, puszczając z youtuba kolejny raz babę spod krzyża. A jednak - po latach ilość zbiegów okoliczności, przypadków i w ogóle cała ta historia przestała się dla mnie trzymać kupy. Z czasem zdałem sobie sprawę o rzeczywistej możliwości zaplanowania i wykonania tego tak perfekcyjnie przez ruskich, z niemałą oczywiście pomocą naszego chuja wartego rządu. Zacznijmy jednak od początku.
Planując i egzekwując morderstwo należy mieć jakiś powód. Zdarzają się chorzy psychicznie, którzy zabijają dla przyjemności, ale Putin i jego zgraja do takich z pewnością się nie zaliczają. Co motywowało zatem potrzebę usunięcia z powierzchni Kaczyńskiego i kilkudziesięciu innych znamienitych osobistości?
Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną kluczową kwestię. Mimo, iż stereotyp ruska to pijak i awanturnik, naród ten posiada znakomite tradycje intelektualne. To z Rosji pochodzi wielu znaczących współczesnych matematyków, to Rosjanie na lata zdominowali mistrzostwa szachistów, wreszcie to rusek był pierwszym człowiekiem w kosmosie. Kwestia szachów jest szczególnie warta podkreślenia, bowiem Rosja prowadzi swoją politykę zagraniczną niczym partię szachów właśnie.
W 2008 roku oficjalnie wybuchł konflikt w Osetii Południowej, która de facto należała wtedy do Gruzji. Tamtejsze narody mają za sobą długą i zawiłą historię i nie na tym chciałbym się tutaj skupić. Putin wyczuł moment, sprowokował Gruzinów do wprowadzenia wojsk i ataku na Osetię dzięki czemu mógł być stroną kontratakującą, a nie agresorem. We wszystko zamieszała się Polska w postaci Lecha Kaczyńskiego, który otwarcie popierał stronę gruzińską i potępiał działania Rosji. Powstał nawet niejako mit LK, który rzekomo powstrzymał rosyjskie czołgi jadące na Tibilisi. Ostatecznie nie wiadomo ile w tym prawdy, jednak Lech Kaczyński z 2008 roku został zapamiętany właśnie jako obrońca i jeden z największych sojuszników Gruzji oraz największy przeciwnik imperialistycznej Rosji. Mówił: "Dziś Gruzja, jutro Ukraina, a następnie Polska". Oby się mylił.
Śmiem twierdzić, że już wtedy strona rosyjska upatrzyła sobie w byłym prezydencie potencjalną przeszkodę do ich imperialistycznych zapędów. Zapędów, których jesteśmy obecnie świadkami. Wypada sobie zadać pytanie jak Lech Kaczyński zareagowałby na obecny konflikt na Ukrainie? Rosjanie prowadzą znakomitą wojnę dezinformacyjną (patrz biały konwój) i podejmując działania przewidują kilka ruchów do przodu. Żywy Lech Kaczyński stanowił ryzyko i brak gwarancji. Bo co jeśli uwidziałoby mu się pojechać do takiego Donbasu, stanąć naprzeciw wozów opancerzonych, czy nie daj boże wspomóc militarnie Ukrainę? Rosja chętnie powalczy z Ukrainą, ale wątpię czy chciałaby walczyć z całym NATO. Kaczyński był dla nich tykającą bombą i ryzykiem niepowodzenia - ryzykiem, że coś mogłoby pójść niezgodnie z planem i właśnie to koniec końców jest wg mnie owym motywem. Dlatego zapadła decyzja o zabiciu go, problemem jednak pozostawała forma - jak w XXI wieku unicestwić prezydenta ważnego europejskiego kraju? One thing led to another and yayy - there goes 10.04.2010.
Była to znakomita strategiczna decyzja Putina. On nie upiekł dwóch pieczeni na jednym ogniu. On upiekł całą watahę soczystych świniaków. Nie tylko pozbył się swojego zadeklarowanego przeciwnika, z którym zginęło wiele ważnych polskich osobistości, ale również doprowadził do sytuacji, gdzie rządy przejęła formacja zupełnie się mu niesprzeciwiająca. Oprócz tego na lata skłócił polityków, a co ważniejsze Polaków. Wie bowiem, że skłóceni Polacy to słabi Polacy.
A dalej poszło już z górki. Kluczowy fakt potwierdzający zawartą w tym wpisie tezę to brak odwołania ze strony polskiej do organu międzynarodowego. Tak - nasz zajebisty, suwerenny rząd nie zwrócił się z prośbą o wyjaśnienie wypadku w wyniku którego zginęła najważniejsza osoba w państwie do żadnej zagranicznej komisji. Ba! My nawet nie mieliśmy okazji zbadać tego pieprzonego wraku. Z pokorą przyjęliśmy wersję MAK, coś tam naskrobała komisja Jerzego Millera i generalnie wszyscy pogodzili się, że była mgła i kurde no nieszczęśliwy wypadek się trafił :/. Samo to, ludzie - sam fakt, że doszło do wypadku samolotu jest nieprawdopodobne. Transport lotniczy jest bezwzględnie najbezpieczniejszym środkiem transportu wymyślonym przez człowieka. Na początku XXI wieku wypadek zdarzał się średnio 1,6 razy na 10mln lotów. Zatem zginąć w katastrofie lotniczej to prawie tak jak trafić w totka (1 do ok. 14mln).
Cały dzisiejszy wpis to spojrzenie na medalu - drugą stronę. Nie będzie zatem obu, bo tą pierwszą już znamy - była mgła, Gen. Błasik był pijany, Kaczyński wywierał presję na pilotach etc. O ile przedstawiona tu teoria może być dla niektórych niemożliwa, to dla mnie, na dzień dzisiejszy dużo bardziej niemożliwą jest wersja o pechowym wypadku. Na koniec wypada zadać pytanie, co w takim razie było bezpośrednią przyczyną rozbicia się samolotu? Było kilka pomniejszych przyczyn jak np. słaby stan techniczny lotniska, jednak ostateczną wydaje się być niewłaściwe nakierowanie pilotów przez kontrolerów lotu - w momencie kiedy w rzeczywistości samolot był powiedzmy 300m nad ziemią, tamci mówili, że jest 300 + X. Nagle okazało się, że wcale nie mają tego zapasu i rozbili się uderzając w pas. Wątpliwym jest, wg mnie, wersja o ładunkach wybuchowych, trotylu itd. To kolejny element propagandy dezinformacyjnej tak samo jako teoria, że kilkanaście miesięcy przed wypadkiem, podczas przeglądu w Białorusi coś tam celowo popsuto. Rzucono jakieś zdanie w świat, a taki Macierewicz to podłapał i swoim stylem jeszcze bardziej zniechęcał opinię publiczną do racjonalnego podejścia do sprawy. Kowalski pomyślał sobie: "Zamach? Wybuch? Trotyl? Co ty dziadu pieprzysz", po czym wziął do ręki Wyborczą, gdzie na spokojnie wyjaśniono mu jak to było naprawdę.

środa, 10 września 2014

25 lat wolności


Lubię Polskę. Geograficznie mamy wszystko czego dusza zapragnie - morze, góry, jeziora, ale również bogate złoża surowców kopalnych, urodzajne gleby. Kulturowo - mimo, że w wielkich miastach globalizacja obserwowalna jest na każdym kroku, to śmiało można powiedzieć, że jesteśmy narodem pomysłowym i oryginalnym, posiadającym swoją głęboko zakorzenioną tożsamość. Demograficznie - jeden z ostatnich zakątków Europy, gdzie turasy czy czarni nie są tak znaczącym odsetkiem społeczeństwa. A propos ciapatych - pozwolę sobie wstawić krótki must see film, który każdy powinien obejrzeć w tej chwili (jeśli wcześniej się na niego nie natknął), aby docenić to o czym mówię (to o to "walczył" Breivik).
Kontynuując - naprawdę cieszę się, że urodziłem się w Polsce, że jestem Polakiem. Jako naród posiadamy co prawda, pewne wady. Część z nich jest stereotypami, część to w jakimś stopniu prawda. Sam czasem lubię się pośmiać z tzw. cebulactwa, nazwać kogoś polaczkiem, jednak ma to bardziej wydźwięk szyderczo - bekowy, aniżeli narzekający w stylu tych "młodych wykształconych z wielkich ośrodków" reprezentujących pozę "o muj boshe, polska taka nieeuropejska, patrz na tego janusha w skarpetach do sandalow mającego czelnosc isc modnym nowym swiatem xD". Do innych łat przyszywanych typowemu polaczkowi można przypisać jeszcze może chciwość, zazdrość, działanie w myśli zasady zastaw się a postaw się. Wszystko to jednak, nadaje Nam i Polsce niepowtarzalny koloryt i składa się na Nasz ogólny taki, a nie inny obraz.
Pozwoliłem sobie zacząć niniejszy wpis trochę offtopic - to co chciałem w tym krótkim wstępie zawrzeć, to fakt, że tezy postawione w dalszej części nie są typowo malkontenckim gadaniem czy szukaniem problemu i szansy do narzekania tam gdzie ich nie ma. Doceniam i lubię miejsce, w którym żyję. Polska to wspaniały kraj, którego jednak największym problemem od lat (wieków?) są rządzący nim ludzie.
Idę sobie pewnego czerwcowego dnia przez centrum Warszawy - wokół wszystko pozaklejane reklamami (jestem szczególnie na to wyczulony, chociażby dlatego, że zanieczyszczenie wizualne przekazami reklamowymi było moim tematem pracy dyplomowej), a wśród nich ta jedyna - królowa: banner na kilkadziesiąt metrów szerokości wiszący na dworcu centralnym od strony Alej Jerozolimskich. 25 lat wolności 25 years of freedom, they say. Nie dało się go przeoczyć, każdy wizytujący lub mieszkający w Warszawie musiał owy przekaz przyjąć. W mainstreamowych mediach święto na miarę pochodów pierwszomajowych minionej epoki. Do tego dochodzą jeszcze jakieś broszurki dla dzieci pokazujące jak nasze państwo diametralnie się odmieniło po zmianie ustroju objęciu rządów przez PO. Propaganda pełną gębą, na każdym kroku. Propaganda nachalna i ordynarna. Chuj tam, że bezrobocie wśród młodych dochodzi do 30% a każdy kto ma możliwość spierdala stąd jak szybko się da. Chuj ze stale pogłębiającym się rozwarstwieniem społecznym, gdzie 1/4 ludzi pracuje za minimum byle przeżyć napychając tym samym dawno przepełnione już kieszenie tego 1% najbogatszych (współczynnik Giniego 0,35 - drugi największy w UE). Chuj z od lat niewydolną służbą zdrowia i dziurawymi drogami. Wreszcie chuj z aferą taśmową i tym, że człowiek rządzący Polską mówi o państwie, którym rządzi, że istnieje tylko teoretycznie. Chuj z tym wszystkim, a teraz powtarzajcie za mną: jestem wolny, żyję w wolnym kraju. Bo praca za 1500zł miesięcznie w biedronce w ogóle nie jest rodzajem niewolnictwa. A Unia Europejska to darmowe granty, projekty i dotacje dzięki którym nie rozwinęlibyśmy się tak wspaniale. Popatrz jaka Polska jest ważna - Polak został nawet prezydentem całej Europy!! 
Żeby nie było - nie mówię, że nie jestem wolny, że dokuczają mi represje władzy, a na co drugim kroku jestem legitymowany przez służby. Nie o takiej wolności mówię. Daleki jestem także od negowania tego, że przez ostatnie 25 lat coś się zmieniło. Bo zmieniło się tak naprawdę wszystko. Ale śmiałość z jaką przychodzi obecnym rządzącym przypisanie sobie tych zmian jest beszczelna. Dlatego mamy im zaufać i być im za te wspaniałe rządy wdzięczni. To tak jakby gratulować kierowcy autobusu dojechania do celu, albo klaskać pilotowi po udanym lądowaniu (niestety Polakom się zdarza). Zastanowić by się trzeba w jak większym stopniu rozwinęlibyśmy się mając za sterami profesjonalistów w swoich dziedzinach zamiast Tuska, czy innego lewaka z SLD, którzy nakradli się na każdym możliwym kroku. O ile lepsza byłaby wspomniana Warszawa, gdyby rządzącym był ktoś posiadający faktyczną wiedzę i umiejętności w zarządzaniu tak wielkim i odpowiedzialnym projektem jak miasto. Na te pytania nie ma szybkiej i dokłądnej odpowiedzi. Trudno byłoby to również obliczyć. Jednak śmiem twierdzić, że potencjał stolicy jest stale marnowany, między innymi dlatego, że rządzącym nie jest specjalista z zakresu chociażby urbanistyki tylko osoba polityczna, co znaczy, iż przyświecają jej inne priorytety.
Dopuszczam możliwość, że mimo wszystko ktoś może uznać ten wpis za taki, w którym szuka się problemu tam gdzie go nie ma. Że nie przyszło mi żyć w czasach PRL i nie doceniam tego, gdzie jesteśmy. Jednak rozsądne, krytyczne i świadome spojrzenie nakazuje mi taką, a nie inną logikę. Jest spoko, ale w wielu aspektach jest patologicznie nie-spoko. Przecież ta rozmowa Sienkiewicza z Belką to nie pierdu pierdu najebanego wujasa na weselu tylko dialog między czołowymi osobami w kraju. Zastanów się nad tym. Nie daj sobie wpoić TVN-owskiej skali oceny tego co ważne, a co nie (afera passé w chuj - 25 years of freedom, bitch!), czytaj między wierszami.

piątek, 5 września 2014

Why (so serious) ?

Sam jeszcze do końca nie wiem jak dokładnie uargumentować stworzenie tego bloga. Nigdy w życiu nie prowadziłem żadnego pamiętnika czy złotych myśli, o blogach nie wspominając. Co więcej sam motyw do rozpoczęcia pisania może wydać się zaskakujący. Mówiąc zupełnie serio - miałem sen, w którym stworzyłem bloga o dokładnie takiej nazwie. Z jakiegoś powodu można powiedzieć, że coś wisiało w powietrzu i tknęło mnie żeby zrobić takie "swoje" miejsce w sieci, gdzie będę mógł swobodnie, w sposób ordynarny i nieskrępowany pisać o wszystkim i o niczym. Tak też się stało.
Tematyką bloga będą przede wszystkim sprawy bieżące (chociaż nie tylko) wszelkiej maści - od polityki, przez sport, aż po totalne bzdety. Myślami przewodnimi, które, mam nadzieję, że będą nieodłączną częścią tego bloga są: zdrowy rozsądek, rzetelne spojrzenie na dany temat, pokazanie sprawy z obu stron (owe Medalu - obie strony). Często teza wyjściowa i ostateczna będzie się pokrywała z moim zdaniem, jednak mam nadzieję, że uda mi się za każdym razem precyzyjnie przedstawić drogę dochodzenia do takiej, a nie innej konkluzji.
Mimo, że nie liczę na wyświetlenie liczone chociażby setkach, to sądzę, że każda odmiana publicystyki  -nawet ta mniej profesjonalna, zawierająca jednak element obiektywizmu jest czymś pozytywnym i niezwykle potrzebnym w świecie dzisiejszych zeszmaconych mediów. Jeśli już zdazy mi się wydać subiektywny sąd - liczę, że może to być zapalnik do uruchomienia u czytających procesów myślowych i wywołanie mniejszej lub większej dyskusji. Nie wspominając o tym, że nigdy nie powinieneś lekceważyć swoich snów, iks de.
Blog ten może być również w mniejszym stopniu potępieniem poziomu współczesnego dziennikarstwa, które już dawno przestało pełnić swoją podstawową - informacyjną funkcję, a skupiło się jedynie na szerzeniu propagandy i nabijaniu wyświetleń poprzez pokazywanie sensacji lub coraz popularniejszych medialnych oper mydlanych z Mamą Madzi na czele. Fakt ten wywołuje u mnie szczególne obrzydzenie, a postacie pokroju Kuźniara, czy Lisa to moi pierwsi kandydaci do naplucia w twarz przy ewentualnym spotkaniu. Ogłupiająca propaganda nie kończy się jednak jedynie na programach informacyjnych. Wysyp w ostatnich latach seriali typu "Dlaczego Ja", "Trudne Sprawy" czy mająca kilka dni temu premierę "Szkoła" to maksymalny możliwy poziom zidiocenia, a im głupsi ludzie, tym łatwiej wpoić im potem odpowiednie przekazy podczas wieczornego dziennika. Gwoli ścisłości - mój ton nie ma nic wspólnego z narzekaniem, że w telewizji nie ma co oglądać. Co więcej - sam stosunkowo rzadko oglądam telewizję - wyjątkami są mecze lub jakiś dobry film, godny przypomnienia, jak chociażby lecący kilkanaście dni temu "Pianista". Czasem z ciekawości, jeśli mam możliwość, to wrzucę  jakieś "Fakty" żeby wiedzieć o czym się obecnie kłamie (no joke, to moj oficjalny i prawilny argument za włączeniem TVN-u). To do czego jednak zmierzam to zauważalna znacząca tendencja spadkowa jeśli chodzi o jakość treści zaproponowanych przez dzisiejsze stacje. Z nostalgią wspomnieć można czasy "Dragon Balla", czy "Awantury o kasę".
Podsumowując, w dobie gównianej i nieobiektywnej telewizji, gównianego niejednokrotnie internetu (onet itp.) być może znajdzie się ktoś chętny, aby przeczytać tekst, za który autor nie dostaje żadnego profitu, a tym samym nie kieruje się zdobyciem czyjejś przychylności przy pisaniu go. Oczywiście takich "wolnych" miejsc jest tysiące, zarówno w prasie jak i internecie, a co więcej znaczna większość z nich cechuje się nieporównywalnie większą jakością niż Medalu - obie strony, jednak ten blog nie ma żadnego z nich w najmniejszym stopniu przypominać, a moim celem nie jest udawanie jakiegoś ą ę publicysty, czy redaktorzyny. Stąd nie będzie to może jakieś nie wiadomo jak wyszukane pióro, a raczej różne logicznie ułożone przemyślenia na dany temat.